Instynkt macierzyński poczułam będąc na początku studiów. Było to tak silne, że gdybym mogła, rzuciłabym wszystko i wraz z wtedy jeszcze narzeczonym starałabym się o dziecko. Jednak z tyłu głowy zawsze zapalało mi się czerwone światełko. Po pierwsze studiuję. Po drugie samą miłością dziecku nie zapewnię bytu, a po trzecie chciałam mieć swój kąt. Studia skończyłam. Szybko znalazłam pracę (pracuję jako księgowa). Mieszkam z rodzicami w jednym domu, choć oddzielnie (każdy ma swoje oddzielne mieszkanie).
O dziecko staraliśmy się kilka dobrych miesięcy. W dzisiejszych czasach chyba każdy z Was wie jak jest. Ciągły stres, gonitwa za pieniądzem, problemy natury kobiecej. Było ciężko, a każda pojedyncza kreska na teście powodowała frustracje i płacz. Kiedy uświadomiłam sobie, że nic nie jest na siłę i zmieniłam swoje nastawienie, poczułam, że coś się zaczęło dziać z moim organizmem. Oczywiście bałam się robić kolejny test, bo obawiałam się, że znowu będzie to samo. Ciekawość wygrała. Zobaczyłam dwie grube kreski. Z niedowierzania rozpłakałam się. Był to dla mnie najpiękniejszy widok, a ciąża stała się dla mnie wielkim darem. Parę dni później poszłam do lekarza, który potwierdził ciążę. Piękny 7 mm pęcherzyk. Moje marzenia o dziecku w końcu stały się realne.
Pierwsze miesiące ciąży były dla mnie masakryczne. Wymioty po dziesięć razy na dzień. Okropne bóle głowy. Nie miałam ochoty na nic. Dosłownie czułam się jak flak. Nie miałam nawet siły, aby umyć sobie włosy. Musiałam więc szybko pójść na zwolnienie lekarskie, bo w pracy nie dałabym rady funkcjonować, a co dopiero myśleć o kontach, amortyzacjach, itp... Egzystowałam tak przez pierwsze trzy miesiące. W końcu przyszedł dzień, w którym mama powiedziała do mnie "Monika, dłużej tak nie można. Ubierz się ładnie, zrób sobie włosy, umaluj się. Zawsze o to dbałaś". Mama zaczęła mnie motywować. Zaczęłam wychodzić do ludzi, dbać o siebie, choć złe samopoczucie i wymioty trwały do czwartego miesiąca. Po tym czasie w końcu poczułam, że żyję. Energii mam za dwóch. Sprzątam, gotuję, chodzę na zakupy, a aktualnie walczę z remontem mieszkania. Chyba włączył mi się syndrom wicia gniazda, bo boję się, że nie zdążę ze wszystkim do porodu.
Połówkowe USG było dla nas największym przeżyciem. To wtedy poznaliśmy płeć naszego dziecka. Wzruszeń było dużo i każde z nas płakało. W przyszłym miesiącu idziemy na USG w 3D i już nie mogę się tego doczekać. Muszę powiedzieć, że mimo złego samopoczucia, czasami i bezsilności, ciąża to piękny okres. Mimo wszystko. Kiedy widzę, że moje dziecko reaguje na mój dotyk i głos, wtedy wiem, że to wszystko ma sens, że to jest to, czego zawsze chciałam i o czym marzyłam...
Melduję się w nowym miejscu:) Podobno pierwszy trymestr jest najgorszy. Słyszałam, że jak do dwóch lat nie można zajść w ciąże to wtedy dopiero można się tym martwić, także kilka miesięcy to wcale nie tak długo:)
OdpowiedzUsuń29 kwietnia...już coraz bliżej:)
I ja dotarłam :) Cieszę się że w końcu te niemiłe dolegliwości ciążowe się skończyły i teraz możesz spokojnie cieszyć się swoim stanem :)
OdpowiedzUsuńdotarłam i ja ;) cieszę się, że już możesz cieszyć się ciążą i dolegliwości minęły
OdpowiedzUsuńa pokażesz nam się z brzuszkiem? ;)
Mam nadzieje, ze i ja sie w koncu poczuje lepiej ;) Dajesz mi nadzieje tym czwartym miesiacem :)
OdpowiedzUsuń