Jutro miną trzy tygodnie od kiedy Michałek jest razem z nami. Jak byłam w ciąży to każdy mi mówił 'zobaczysz, całe Twoje życie wywróci się do góry nogami'. Czy faktycznie się wywróciło? Raczej nie powiedziałabym tego. Cały czas jest tak samo, tylko że z nowym domownikiem. Wiadomo, że staliśmy się odpowiedzialni za małego człowieczka i drżymy o jego zdrowie i życie, ale nasze życie jest wciąż takie same.
Na początku było naprawdę bardzo ciężko. Karmienie co 2-3 godziny. Mały jest problemowy z ssaniem piersi i do tej pory nie chce tego robić więc mleko muszę ściągać laktatorem, co jest trochę męczące. Nocne wstawanie, ciągłe przebieranie (Michaś strasznie ulewa) i przewijanie sprawiało, że nie miałam czasu dosłownie na nic. Dom obrastał syfem co powodowało u mnie wściekłość. Zaczęłam zauważać u siebie symptomy depresji poporodowej. Nic mnie nie cieszyło, a na dziecko patrzyłam ze smutkiem. Ciągle chciało mi się płakać i chciałam to wszystko rzucić w cholerę, ale wzięłam się w garść. Oczywiście do tej pory czasami miewam doły, bo jaka młoda matka ich nie ma? Wierzcie mi, na początku macierzyństwo wcale nie jest takie kolorowe. Wszystko jest nowe i trudne. Najmniejsza błahostka potrafi przerosnąć człowieka, a u mnie idzie to już lawinowo. Wystarczy, że przyszła położna i powiedziała, że Michał za mało przytył. Od razu zaczęłam sobie wyrzucać, że może nie karmię jego tak jak należy, że mam za mało swojego pokarmu, albo że nie jest zbyt treściwe. Od razu obwiniałam siebie za ten stan rzeczy. W końcu moja teściowa powiedziała 'wyluzuj i przestań się przejmować durną babą. Widocznie mały to wszystko przepala' i to mnie trochę uspokoiło. Na domiar wszystkiego Michał dostał skazę białkową. Oczywiście położna wieszała na mnie psy, bo to od mleka a ja jego dokarmiam. Kolejny dół i kolejne obwinianie się. Poszłam z tym do lekarza i mnie uspokoił. Powiedział, że jest to dziedziczne, a mój mąż w dzieciństwie też to miał.
Teraz jest już coraz lepiej. Nadal poznajemy się z dzieckiem i wspólnie się docieramy. Jednak wszystko da się wypracować. Wykorzystuję chwilę kiedy Michaś śpi. W tym czasie jestem w stanie posprzątać w domu czy poprasować. Dzisiaj doszłam już do tej 'perfekcji', że byłam w stanie przygotować obiad. Normalnie jestem z siebie dumna ;)
Muszę też powiedzieć, że dzieci od urodzenia są małymi terrorystami. Nasz syn już nas wyczuł i całkiem nieźle nas wyszkolił. Uwielbia spać u mnie na rękach, a gdy położę jego do łóżeczka to jest ryk. W nocy też spać nie chce, więc musimy brać go do naszego łóżka i wtedy bezproblemowo zasypia. Jeszcze będąc w ciąży zaklinałam się, że nie będę uczyć dziecka noszenia i wspólnego spania. Plany planami a życie życiem. I tym akcentem kończę dzisiejszą notkę :)
