Strony

środa, 25 maja 2016

15. Pierwsze tygodnie za nami

Jutro miną trzy tygodnie od kiedy Michałek jest razem z nami. Jak byłam w ciąży to każdy mi mówił 'zobaczysz, całe Twoje życie wywróci się do góry nogami'. Czy faktycznie się wywróciło? Raczej nie powiedziałabym tego. Cały czas jest tak samo, tylko że z nowym domownikiem. Wiadomo, że staliśmy się odpowiedzialni za małego człowieczka i drżymy o jego zdrowie i życie, ale nasze życie jest wciąż takie same. 
Na początku było naprawdę bardzo ciężko. Karmienie co 2-3 godziny. Mały jest problemowy z ssaniem piersi i do tej pory nie chce tego robić więc mleko muszę ściągać laktatorem, co jest trochę męczące. Nocne wstawanie, ciągłe przebieranie (Michaś strasznie ulewa) i przewijanie sprawiało, że nie miałam czasu dosłownie na nic. Dom obrastał syfem co powodowało u mnie wściekłość. Zaczęłam zauważać u siebie symptomy depresji poporodowej. Nic mnie nie cieszyło, a na dziecko patrzyłam ze smutkiem. Ciągle chciało mi się płakać i chciałam to wszystko rzucić w cholerę, ale wzięłam się w garść. Oczywiście do tej pory czasami miewam doły, bo jaka młoda matka ich nie ma? Wierzcie mi, na początku macierzyństwo wcale nie jest takie kolorowe. Wszystko jest nowe i trudne. Najmniejsza błahostka potrafi przerosnąć człowieka, a u mnie idzie to już lawinowo. Wystarczy, że przyszła położna i powiedziała, że Michał za mało przytył. Od razu zaczęłam sobie wyrzucać, że może nie karmię jego tak jak należy, że mam za mało swojego pokarmu, albo że nie jest zbyt treściwe. Od razu obwiniałam siebie za ten stan rzeczy. W końcu moja teściowa powiedziała 'wyluzuj i przestań się przejmować durną babą. Widocznie mały to wszystko przepala' i to mnie trochę uspokoiło. Na domiar wszystkiego Michał dostał skazę białkową. Oczywiście położna wieszała na mnie psy, bo to od mleka a ja jego dokarmiam. Kolejny dół i kolejne obwinianie się. Poszłam z tym do lekarza i mnie uspokoił. Powiedział, że jest to dziedziczne, a mój mąż w dzieciństwie też to miał.
Teraz jest już coraz lepiej. Nadal poznajemy się z dzieckiem i wspólnie się docieramy. Jednak wszystko da się wypracować. Wykorzystuję chwilę kiedy Michaś śpi. W tym czasie jestem w stanie posprzątać w domu czy poprasować. Dzisiaj doszłam już do tej 'perfekcji', że byłam w stanie przygotować obiad. Normalnie jestem z siebie dumna ;)
Muszę też powiedzieć, że dzieci od urodzenia są małymi terrorystami. Nasz syn już nas wyczuł i całkiem nieźle nas wyszkolił. Uwielbia spać u mnie na rękach, a gdy położę jego do łóżeczka to jest ryk. W nocy też spać nie chce, więc musimy brać go do naszego łóżka i wtedy bezproblemowo zasypia. Jeszcze będąc w ciąży zaklinałam się, że nie będę uczyć dziecka noszenia i wspólnego spania. Plany planami a życie życiem. I tym akcentem kończę dzisiejszą notkę :)

środa, 18 maja 2016

14. Michałek jest już z nami

5 maja 2016r.  o 16.56 na świat przyszedł nasz wyczekiwany synek.
56 cm i 4090 g.

PORÓD

Sam poród do najmilszych wspomnień nie należy. Rodziłam 3 dni naturalnie, aż w końcu padła decyzja o cesarce. Trafiłam do szpitala z regularnymi skurczami. Ordynator myślał, że urodzę na jego dyżurze, ale niestety nie szło mi rozwarcie. Męczyłam się tak całą noc. Na kolejny dzień lekarze zadecydowali, że będą u mnie wywoływać poród z racji tego, iż byłam już po terminie. Kroplówka spowodowała tylko bolesne skurcze, ale znowu nie szło mi rozwarcie. Męczyłam się tak przez pięć godzin na porodówce aż w końcu lekarz zadecydował, że to nie ma sensu i mam wrócić na salę. Skurcze nie ustały, a ja męczyłam się do kolejnego dnia. Wtedy założyli mi balonik, aby w końcu to rozwarcie ruszyło. Myślicie, że coś pomogło? Rozwarcie na 2,5 cm i ani drgnie, a skurcze coraz mocniejsze. Michałek pchał się na świat a ja nie mogłam jego urodzić, a lekarze do ostatnich chwil kazali mi rodzić naturalnie. Do tego dostałam bóle krzyżowe, które są sto razy gorsze niż skurcze w największym stadium. Wtedy myślałam już, że umrę. Błagałam męża aby poszedł do ordynatora i wybłagał o cesarskie cięcie. Muszę tutaj zaznaczyć, że posiadałam zaświadczenie od ortopedy, na którym było napisane, że mam mieć cesarkę jeśli będzie bolał mnie kręgosłup. Żaden lekarz tego nie respektował, wręcz to wyśmiewali. Dopiero ordynator po interwencji mojego męża wziął to pod uwagę. Cesarka stała się moim wybawieniem i po 15 minutach mogłam przytulić swoje upragnione dziecko. 

POŁOŻNE

Muszę powiedzieć, że położne miałam bardzo fajne i miłe. Bardzo pomocne, zwłaszcza w nocy. Mały ma problem z ssaniem piersi. Za cholerę nie chce tego robić. Chce jeść tylko z butelki. Panie położne przychodziły do mnie za każdym razem gdy mały płakał. Pomagały, doradzały, choć trochę denerwowały mnie tym naturalnym karmieniem. Dla mnie było to robione na siłę, więc jak tylko wróciłam do domu to wprowadziłam swoje metody żywienia małego. Ściągam mleko laktatorem, a jak jest mu mało to dokarmiam go mlekiem modyfikowanym.

LEKARZE

Miło wspominam chyba tylko samego ordynatora. Od samego początku był dla mnie bardzo miły i taki ludzki. Reszta mnie zawiodła. Krzywo patrzyli na to, że miałam cesarkę. Uważali, że powinnam sama urodzić małego, choć położne stwierdziły, że i tak naturalnie nie urodziłabym, bo dziecko było za duże. Lekarze uważali mnie za pieszczochę, która użala się nad sobą, co uważam za chore pomówienie. Na koniec jeden z lekarzy też niemiło mnie potraktował. Z szyderczym uśmiechem zamaszyście wyciągnął mi szew, który nie był jeszcze zagojony. Dodał również, że powinnam wytrzymać taki ból a nie się pieścić jak dziecko. Nigdy więcej nie będę tam rodzić. W ogóle mam taką traumę po tym wszystkim, że nie wiem czy w najbliższych latach mój mąż namówi mnie na kolejne dziecko.

JEDZENIE

Muszę to powiedzieć. Jedzenie naprawdę należało do tych dobrych. Zarówno zupy jak i drugie dania były smaczne. Raz trafiło mi się coś dziwnego na śniadanie. Zresztą sami zobaczcie;


Sam widok tego czegoś zniechęcił mnie do jedzenia, ale ciekawość wygrała. Musiałam spróbować. Wiecie co to jest? Zmielona parówka z jajkiem. Obrzydlistwo.