Strony

czwartek, 29 września 2016

19. Wyjazdowo i chorobowo

Dawno nic nie pisałam, bo z mężem i synkiem wypoczywaliśmy w polskich górach. Na początku września byliśmy w Karpaczu. Wyjazd się udał. Michał zaczerpnął świeższego powietrza, zresztą bardzo dobrze się tam czuł. Zero płaczu i nerwów. Rodzice odpoczęli trochę mniej - wiadomo jak to jest z małym dzieckiem. Chcieliśmy iść na Śnieżkę, ale byłoby to głupotą wybierać się z tak małym szkrabem. Jednak zobaczyliśmy Świątynię Wang, Dziki Wodospad, Zaporę na Łomnicy, zahaczyliśmy też o zamek Książ w Wałbrzychu. W drodze powrotnej pojechaliśmy też do Częstochowy.  Po powrocie spotkała nas szara rzeczywistość i zderzyliśmy się z przeziębieniem. Michałek dostał katar i trochę pokasływał. Akurat skumulowało się to ze szczepieniem. Mówiłam lekarzowi, że syn czuje się niewyraźnie, ale jak to nasz lekarz, powiedział, że on żadnej infekcji nie widzi i zaszczepił małego. Dwa dni później Michał czuł się już gorzej i pojechaliśmy do naszej pani doktor. Okazało się, że mały ma zapalenie górnych dróg oddechowych. Nie chciała od razu przepisywać antybiotyku, więc przepisała jedynie Bactrim, ale po tygodniu nie było poprawy i od wczoraj Michaś przyjmuje antybiotyk. Jest mi go cholernie żal, bo człowiek dorosły męczy się przy chorobie, a co dopiero takie maleństwo. Do tego Michaś ma zatkany nosek. Frida w ogóle nie pomagała w tym temacie. Ściągała tylko to co było na wierzchu, a i mnie zaczęło boleć gardło od wciągania powietrza. Kupiliśmy więc KATAREK PLUS.
Źródło: www.katarek.pl

Na początku byłam do tego ustrojstwa sceptycznie nastawiona, no bo jak to tak podłączyć dziecko do odkurzacza. Jednak jak zobaczyłam jak on się męczy to zdecydowałam się tego użyć. To był strzał w dziesiątkę. KATAREK jest rewelacyjny. Michałek nawet się przy tym nie denerwuje, a nosek ma czysty w kilka sekund. Sam aspirator jest fajnie zrobiony, można go rozkręcić i umyć pod wodą. W zestawie dołączona jest szczoteczka do czyszczenia oraz dwie wkładki do noska. 
Niestety, Michałek ma jakąś dziwną przypadłość i ciągle chrumka, jakby cały czas miał coś w nosku. Czasami jak podciąga noskiem to nie wiem czy to jest jego chrumkanie czy katar. Na to swoją uwagę zwróciła też lekarka, no ale poczekamy to zobaczymy. Jak Michaś wyzdrowieje, to będę musiała zrobić mu badania na żelazo, morfologię i mocz. Już jestem przerażona na samą myśl o tym jak moje dziecko będzie przy tym cierpiało i płakało. Możecie się z tego śmiać, ale w szpitalu widziałam jak pobierają mu krew. Wrzask był okropny, a ja płakałam razem z nim.

sobota, 27 sierpnia 2016

18. Co nowego?

Nie pisałam już jakiś czas, ale szczerze mówiąc to nie miałam na to chęci. Nadal walczymy z ciemieniuchą. Jak na początku się cieszyłam, że szybko zażegnałam problem, tak szybko się przekonałam, że ciemieniucha lubi powracać. Michałek na głowie miał dosłownie skorupę. Nie pomogła nawet Ziajka. Mało tego, Ziajka przy którymś już użyciu uczuliła Miśka. Miał czerwoną skórę na głowie wszędzie tam gdzie nałożyłam mu tę emulsję. Nie poddajemy się i walczymy dalej. Kupiłam Emolium na ciemieniuchę i codziennie wyczesuję mu włoski. Skorupa zaczęła schodzić i zostały już niewielkie skupiska. To cholerstwo musi go albo boleć albo swędzieć, bo za każdym razem płacze gdy mu wyczesuję włosy. 
Za nami są już dwie wizyty szczepienne. Została nam już jedna wizyta we wrześniu i będziemy mieć spokój na pół roku. Wraz z mężem zdecydowaliśmy się na Hexę (szczepionka 6w1) oraz rotawirusy i pneumokoki. Ja i mąż łapiemy jelitówki bardzo szybko, dlatego zdecydowaliśmy, że musimy małego od tego uchronić. Wiadomo, że szczepionka nie spowoduje, że Michał jelitówki mieć nie będzie, ale będzie ja przechodził łagodnie. Natomiast u mnie w rodzinie jedna dziewczynka ma pneumokoki, więc wolałam dmuchać na zimne. Przy pierwszej szczepionce mały tylko gorączkował, ale wystarczył jeden czopek. Przy drugim szczepieniu było już trochę gorzej, bo była biegunka, gorączka, marudzenie i to wszystko na drugi dzień po szczepieniu. Na samo szczepienie moje dziecko za każdym razem reaguje sennością. Przesypia mi cały dzień i noc. Czasami to się aż zastanawiam czy to jest normalne. 
Od pewnego czasu leczymy u Michałka pleśniawki. Zaczęło się od jednej na języku. Akurat mieliśmy mieć szczepienie więc nadmieniłam o tym lekarzowi. Wiecie co mi powiedział? Proszę tego nie ruszać, pleśniawki same się złuszczają. Ok, postąpiłam według jego zaleceń, a na kolejny dzień pleśniawki tak się rozprzestrzeniły, że mały miał je w całej jamie ustnej i na migdałkach, przez co był zachrypnięty. Nie chciał jeść, bo to go bardzo bolało, a lek bez recepty nie pomagał. Nie mogliśmy patrzeć na jego cierpienie i pojechaliśmy prywatnie do naszej pani doktor. Przepisała Nystatynę oraz wit. C i leczyliśmy tydzień. Wszystko się wyleczyło. Był spokój na dwa dni i pleśniawki pojawiły się na nowo, ale już tak delikatnie. Widzę, że spray Dento septa mini pomaga. W razie co, to mam receptę na Nystatynę, ale nie wykupuję jej póki widzę poprawę po tym leku bez recepty. Michaś parę dni temu znowu zachrypł, ale to jakiś wirus bądź alergia. Podaję mu Cebion oraz Calcium w syropie i widzę poprawę. Cieszę się, że mamy tą panią doktor. Prywatnie, bo prywatnie, ale przynajmniej nie mówi mi, że jestem przewrażliwioną matką tylko pomaga przy najmniejszej pierdole. Oby więcej było takich lekarzy.
Michałek mierzy już 65 cm i waży 7 kg. Taki mały grubasek się z niego zrobił. Jeszcze 9 dni i skończy 4 miesiące i zaczniemy wprowadzać nowe jedzenie. Zaczniemy od marchewki. Ciekawe czy będzie mu smakowała...

poniedziałek, 4 lipca 2016

17. Ciemieniucha

Jeszcze dwa tygodnie temu cieszyłam się, że moje dziecko nie ma ciemieniuchy, a ja uniknęłam tego skórnego problemu. Ciemieniucha to nic innego jak łuski suchej skóry, które trochę przypominają łupież. Powstaje z powodu wydzielania się dużej ilości łoju. Niestety Michałek odziedziczył nadmierną potliwość i po mnie i po mężu. 
W Internecie wyczytałam, że ciemieniuchę można zlikwidować w bardzo prosty sposób. Na godzinę przed kąpielą należy oliwką natłuścić główkę dziecka oraz inne miejsca, na których występuje ciemieniucha. U Michałka wystąpiła na brwiach i główce. Następnie główkę dokładnie umyć i wyczesać włosy, aby odpadły łuski. Na szczęście Michał na główce nie miał grubej skorupy, więc szybko wyleczyliśmy ciemieniuchę. Dodatkowo kupiłam specjalny olejek, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Po prostu rewelacja. 


Użyłam tego olejku trzy razy i ciemieniuchy praktycznie nie ma. Należy pamiętać, aby podczas kąpieli na początku umyć główkę dziecka tym olejkiem, zostawić go i zmyć dopiero na samym końcu kąpieli. Polecam, bo produkt drogi nie jest, a jest naprawdę skuteczny. 

czwartek, 2 czerwca 2016

16. Problemy zdrowotne

Michałek będąc jeszcze w brzuszku nałykał się zielonych wód. Spowodowało to u niego stan zapalny, przez co po urodzeniu przez tydzień musiał dostawać silny antybiotyk. Na jego buźce zauważyłam wypryski. Na moje pytanie co to jest, położna odpowiedziała 'nikt nie jest idealny' i miało to być podrażnieniem od ubranek. W szpitalu również zaczęło ropieć lewe oczko. Kazali mi przemywać solą fizjologiczną i tak robiłam po kilka razy na dzień, ale to nie ustępowało, a ropy było coraz więcej. Przez dokarmianie mlekiem modyfikowanym wypryski na polikach zmieniły się wręcz w pryszcze i w sumie nie wiem już czy jest to faktycznie od mleka czy był to czysty zbieg okoliczności. Pediatra w przychodni, do której należymy powiedział, że jest to ta nieszczęsna skaza białkowa. Zmieniłam więc mleko z Bebiko na Bebilon. Pryszczy było troszkę mniej, ale mimo wszystko nie goiło się to tak jak powinno i niepokoiło mnie to. Moja intuicja mnie nie zawiodła. Uparłam się aby pójść prywatnie do najlepszej pani pediatry w naszym mieście. Wczoraj mieliśmy wizytę i co się okazało? To wcale nie jest skaza białkowa tylko trądzik niemowlęcy. Pani doktor przepisała na to maść i już widzę efekty po pierwszym użyciu. Ja się tak zafiksowałam, że i u siebie wyeliminowałam mleko i wszystkie przetwory mleczne, przez co zaczęłam tracić pokarm. Dobrze, że mogę pić mleko bo zależy mi aby jak najdłużej podawać Michałkowi swój pokarm. Co do oczka, to pani doktor wyśmiała ten pomysł ze solą fizjologiczną, bo mały ma stan zapalny i teraz muszę mu zakrapiać oczko kropelkami z antybiotykiem. W szpitalu zrobili ze mnie wyrodną matkę, bo nie poprawiałam Michasiowi główki jak ten chrapał. Wczoraj dowiedziałam się, że chrapanie jest jak najbardziej normalne, gdyż Michał jak na takie malutkie dziecko przystało ma wąskie przegrody nosowe. Na ulewanie też pani doktor zaradziła. Zmieniliśmy zwykły Bebilon na Bebilon AR. Mały nie ulewa i może w końcu zacznie normalnie przybierać na wadze. Za dwa tygodnie mamy wizytę kontrolną, aby sprawdzić wagę. 
Po tym wszystkim naszła mnie taka smutna refleksja, że jak prywatnie się nie pójdzie do lekarza, to później człowiek nie pozna prawdziwej diagnozy. W przypadku Michałka męczyliśmy się z tymi wszystkimi dolegliwościami 4 tygodnie, a można było temu wcześniej zaradzić. Dlaczego wszyscy lekarze nie są lekarzami z powołania. Ta pani u której wczoraj byliśmy co chwilę jeździ na szkolenia, dokształca się, kocha dzieci i jeszcze nigdy nie odmówiła przyjęcia chorego dziecka nawet w święta. Ja wiem, że za to dostaje pieniądze, ale jej podejście do dziecka i rodzica sprawiło, że obdarzyłam ją zaufaniem dosłownie od pierwszej chwili. Wiem już, że będę chodziła z małym tylko do niej, a do tego konowała będę szła tylko na szczepienia i bilanse. 

środa, 25 maja 2016

15. Pierwsze tygodnie za nami

Jutro miną trzy tygodnie od kiedy Michałek jest razem z nami. Jak byłam w ciąży to każdy mi mówił 'zobaczysz, całe Twoje życie wywróci się do góry nogami'. Czy faktycznie się wywróciło? Raczej nie powiedziałabym tego. Cały czas jest tak samo, tylko że z nowym domownikiem. Wiadomo, że staliśmy się odpowiedzialni za małego człowieczka i drżymy o jego zdrowie i życie, ale nasze życie jest wciąż takie same. 
Na początku było naprawdę bardzo ciężko. Karmienie co 2-3 godziny. Mały jest problemowy z ssaniem piersi i do tej pory nie chce tego robić więc mleko muszę ściągać laktatorem, co jest trochę męczące. Nocne wstawanie, ciągłe przebieranie (Michaś strasznie ulewa) i przewijanie sprawiało, że nie miałam czasu dosłownie na nic. Dom obrastał syfem co powodowało u mnie wściekłość. Zaczęłam zauważać u siebie symptomy depresji poporodowej. Nic mnie nie cieszyło, a na dziecko patrzyłam ze smutkiem. Ciągle chciało mi się płakać i chciałam to wszystko rzucić w cholerę, ale wzięłam się w garść. Oczywiście do tej pory czasami miewam doły, bo jaka młoda matka ich nie ma? Wierzcie mi, na początku macierzyństwo wcale nie jest takie kolorowe. Wszystko jest nowe i trudne. Najmniejsza błahostka potrafi przerosnąć człowieka, a u mnie idzie to już lawinowo. Wystarczy, że przyszła położna i powiedziała, że Michał za mało przytył. Od razu zaczęłam sobie wyrzucać, że może nie karmię jego tak jak należy, że mam za mało swojego pokarmu, albo że nie jest zbyt treściwe. Od razu obwiniałam siebie za ten stan rzeczy. W końcu moja teściowa powiedziała 'wyluzuj i przestań się przejmować durną babą. Widocznie mały to wszystko przepala' i to mnie trochę uspokoiło. Na domiar wszystkiego Michał dostał skazę białkową. Oczywiście położna wieszała na mnie psy, bo to od mleka a ja jego dokarmiam. Kolejny dół i kolejne obwinianie się. Poszłam z tym do lekarza i mnie uspokoił. Powiedział, że jest to dziedziczne, a mój mąż w dzieciństwie też to miał.
Teraz jest już coraz lepiej. Nadal poznajemy się z dzieckiem i wspólnie się docieramy. Jednak wszystko da się wypracować. Wykorzystuję chwilę kiedy Michaś śpi. W tym czasie jestem w stanie posprzątać w domu czy poprasować. Dzisiaj doszłam już do tej 'perfekcji', że byłam w stanie przygotować obiad. Normalnie jestem z siebie dumna ;)
Muszę też powiedzieć, że dzieci od urodzenia są małymi terrorystami. Nasz syn już nas wyczuł i całkiem nieźle nas wyszkolił. Uwielbia spać u mnie na rękach, a gdy położę jego do łóżeczka to jest ryk. W nocy też spać nie chce, więc musimy brać go do naszego łóżka i wtedy bezproblemowo zasypia. Jeszcze będąc w ciąży zaklinałam się, że nie będę uczyć dziecka noszenia i wspólnego spania. Plany planami a życie życiem. I tym akcentem kończę dzisiejszą notkę :)

środa, 18 maja 2016

14. Michałek jest już z nami

5 maja 2016r.  o 16.56 na świat przyszedł nasz wyczekiwany synek.
56 cm i 4090 g.

PORÓD

Sam poród do najmilszych wspomnień nie należy. Rodziłam 3 dni naturalnie, aż w końcu padła decyzja o cesarce. Trafiłam do szpitala z regularnymi skurczami. Ordynator myślał, że urodzę na jego dyżurze, ale niestety nie szło mi rozwarcie. Męczyłam się tak całą noc. Na kolejny dzień lekarze zadecydowali, że będą u mnie wywoływać poród z racji tego, iż byłam już po terminie. Kroplówka spowodowała tylko bolesne skurcze, ale znowu nie szło mi rozwarcie. Męczyłam się tak przez pięć godzin na porodówce aż w końcu lekarz zadecydował, że to nie ma sensu i mam wrócić na salę. Skurcze nie ustały, a ja męczyłam się do kolejnego dnia. Wtedy założyli mi balonik, aby w końcu to rozwarcie ruszyło. Myślicie, że coś pomogło? Rozwarcie na 2,5 cm i ani drgnie, a skurcze coraz mocniejsze. Michałek pchał się na świat a ja nie mogłam jego urodzić, a lekarze do ostatnich chwil kazali mi rodzić naturalnie. Do tego dostałam bóle krzyżowe, które są sto razy gorsze niż skurcze w największym stadium. Wtedy myślałam już, że umrę. Błagałam męża aby poszedł do ordynatora i wybłagał o cesarskie cięcie. Muszę tutaj zaznaczyć, że posiadałam zaświadczenie od ortopedy, na którym było napisane, że mam mieć cesarkę jeśli będzie bolał mnie kręgosłup. Żaden lekarz tego nie respektował, wręcz to wyśmiewali. Dopiero ordynator po interwencji mojego męża wziął to pod uwagę. Cesarka stała się moim wybawieniem i po 15 minutach mogłam przytulić swoje upragnione dziecko. 

POŁOŻNE

Muszę powiedzieć, że położne miałam bardzo fajne i miłe. Bardzo pomocne, zwłaszcza w nocy. Mały ma problem z ssaniem piersi. Za cholerę nie chce tego robić. Chce jeść tylko z butelki. Panie położne przychodziły do mnie za każdym razem gdy mały płakał. Pomagały, doradzały, choć trochę denerwowały mnie tym naturalnym karmieniem. Dla mnie było to robione na siłę, więc jak tylko wróciłam do domu to wprowadziłam swoje metody żywienia małego. Ściągam mleko laktatorem, a jak jest mu mało to dokarmiam go mlekiem modyfikowanym.

LEKARZE

Miło wspominam chyba tylko samego ordynatora. Od samego początku był dla mnie bardzo miły i taki ludzki. Reszta mnie zawiodła. Krzywo patrzyli na to, że miałam cesarkę. Uważali, że powinnam sama urodzić małego, choć położne stwierdziły, że i tak naturalnie nie urodziłabym, bo dziecko było za duże. Lekarze uważali mnie za pieszczochę, która użala się nad sobą, co uważam za chore pomówienie. Na koniec jeden z lekarzy też niemiło mnie potraktował. Z szyderczym uśmiechem zamaszyście wyciągnął mi szew, który nie był jeszcze zagojony. Dodał również, że powinnam wytrzymać taki ból a nie się pieścić jak dziecko. Nigdy więcej nie będę tam rodzić. W ogóle mam taką traumę po tym wszystkim, że nie wiem czy w najbliższych latach mój mąż namówi mnie na kolejne dziecko.

JEDZENIE

Muszę to powiedzieć. Jedzenie naprawdę należało do tych dobrych. Zarówno zupy jak i drugie dania były smaczne. Raz trafiło mi się coś dziwnego na śniadanie. Zresztą sami zobaczcie;


Sam widok tego czegoś zniechęcił mnie do jedzenia, ale ciekawość wygrała. Musiałam spróbować. Wiecie co to jest? Zmielona parówka z jajkiem. Obrzydlistwo. 

piątek, 1 kwietnia 2016

13. Poród coraz bliżej

Zaczęłam 9 miesiąc, a wraz z nim opadł mi brzuch i na nowo zaczęły się wymioty. Wyczytałam, że oznacza to, iż organizm zaczyna się oczyszczać do porodu. Pytałam się koleżanek i one to potwierdziły. U nich sensacje żołądkowe zaczęły się na dwa tygodnie przed porodem. Ciekawe jak będzie u mnie. Jestem niespokojna, tak jakby miało się coś stać. Boli  mnie brzuch tak jak przed miesiączką, dolny odcinek kręgosłupa. Bolą mnie pachwiny, a do tego mały naciska już główką, przez co ból jest jeszcze większy. Jeśli ten ból pomnożę razy 100, to ja tego porodu chyba nie wytrzymam. Boję się jak cholera. Najbardziej boję się bólu, bo ja jestem niewytrzymała. Boję się, że zemdleję, boję się o dziecko...
Nie wiem czy do porodu coś jeszcze napiszę. Jest mi już ciężko i naprawdę kiepsko się czuję. Mimo strachu chciałabym być już po wszystkim. Proszę trzymajcie za mnie kciuki, bo dla mnie to będzie ogromne wydarzenie. Boję się, że temu nie podołam. 
Wklejam Wam zdjęcie brzuszka z 35 tygodnia. 


wtorek, 22 marca 2016

12. Wizyta kontrolna

Jestem po wizycie kontrolnej u swojego lekarza.
Z małym wszystko jest w porządku. Tylne rogi się nie powiększają. Serduszko bije prawidłowo. Dziecko rozwija się również prawidłowo. Waży już 2500 g. Także mam już całkiem sporego chłopaka. Pan lekarz powiedział, że chudzielcem to on nie będzie ;). 
Ze mną też jest wszystko w porządku. Uwierzycie, że zostało mi już tylko 5 tygodni? Ja nie mogę w to uwierzyć. To już dosłownie rzut beretem i Michałek będzie z nami. 
Rozmawiałam z lekarzem na temat porodu. Powiedział mi, że cesarka wcale nie jest takim darem od Boga. Wytłumaczył mi, że przy drugim dziecku mogłabym mieć problemy innego rodzaju, np wrastające łożysko. Powiedział, że lekarze ginekolodzy patrzą przede wszystkim z punktu położniczego, a u mnie pod tym względem jest wszystko w jak najlepszym stanie, wręcz książkowo. Zostajemy więc przy porodzie naturalnym. Muszę tutaj zaznaczyć, że ufam swojemu lekarzowi i dla mnie ważniejsze jest to co on powie, niż koleżanki. Powiedział, że jeśli moje samopoczucie się znacznie pogorszy to wtedy będziemy myśleć o cesarce. Na dzień dzisiejszy nie ma o tym mowy. Wizyty kontrolne będę miała teraz co dwa tygodnie. Już się nie mogę doczekać mojego maluszka...

piątek, 11 marca 2016

11. Wizyta u ortopedy

Wczoraj miałam wizytę u ortopedy z racji tego, iż cholernie bolą mnie pachwiny. Ból jest tak ogromny, że są dni kiedy nie mogę chodzić. Natomiast w nocy przekręcanie się z boku na bok jest chyba największym wyczynem. Czasami aż ryczę z tego bólu. Naczytałam się o tym w Internecie i trochę się wystraszyłam. Myślałam, że ten ból może być od kręgosłupa, ale pani doktor tylko potwierdziła przypuszczenia mojego ginekologa. Ból jest od poszerzającej się miednicy. Należę do osób szczupłych, więc wszystko mam wąskie. Niestety ortopedka powiedziała, że na to nic nie poradzimy i muszę przecierpieć te półtora miesiąca. Jednak problemem jest skrzywienie kręgosłupa. Powiedziała, że obawia się u mnie porodu naturalnego. Poprosiłam ją o wypisanie takiego zaświadczenia dla mojego lekarza, ale odpowiedziała mi, że nie może na nim napisać wprost, że mam rodzić przez cesarskie cięcie, gdyż literatura na to nie pozwala, ponieważ skrzywienie kręgosłupa nie jest powodem do cięcia cesarskiego. Otworzyła mi furtkę na inny sposób. Napisała, że na dzień dzisiejszy mogę rodzić naturalnie, ale jeśli w kolejnych tygodniach pojawi się ból w odcinku lędźwiowym, to decyzję należy zmienić. Powiedziała, że decyzja należy i do mojego lekarza prowadzącego i do mnie, bo jeśli się uprę na cesarkę to w każdej chwili mogę powiedzieć, że boli mnie kręgosłup i to cięcie wykonać muszą. Jestem między młotem, a kowadłem. Od początku nastawiona byłam na poród siłami natury, bo uważam, że jest on bezpieczniejszy i dla dziecka i dla matki. Natomiast cesarka jest operacją i to dość poważną. Nie jest to rutynowy zabieg jak w przypadku wycięcia wyrostka. Z jednej strony chcę rodzić naturalnie, a z drugiej boję się o siebie. Nie chcę skończyć np na wózku. 21 marca mam wizytę kontrolną u ginekologa, więc będę z nim rozmawiała na ten temat. Zobaczymy co on powie. Ja mimo wszystko chyba w dalszym ciągu skłaniam się do porodu siłami natury, choć w głębi serca się boję...

poniedziałek, 29 lutego 2016

10. Zdjęcie brzuszka - 7 miesiąc

Jak ten czas szybko leci. Dopiero wstawiałam zdjęcie brzuszka z 6 miesiąca, a w tym tygodniu kończę już 7 miesiąc. Zatem wstawiam kolejne zdjęcie. 


Mały rozrabia w brzuszku coraz częściej i mocniej. Jak zacznie się rozpychać to końca nie ma. W dalszym ciągu jego ulubioną zabawką jest mój pęcherz. Michałek oczywiście zadowolony z psocenia, ale mi do śmiechu nie jest, bo czasami jak przywali w wyżej wymienioną "zabawkę" to widzę wszystkie gwiazdy.
W tym miesiącu najbardziej dokuczał mi ból kręgosłupa, zgaga i ból pachwin. Z kręgosłupem to wiedziałam, że będzie mnie bardzo bolał, bo mówił mi to każdy lekarz jak przygotowywałam się do ciąży. Natomiast ból pachwin jest okropny. Czasami boli do tego stopnia, że nie mogę chodzić, ale wytrzymam wszystko :).
Wcześniej Wam nie pisałam, ale byłam ponownie na wizycie kontrolnej u swojego lekarza i z Michałkiem jest wszystko w porządku. Te pomiary wcale powiększone nie były, a Pani doktor niepotrzebnie mnie nastraszyła. Kamień spadł mi z serca.

Dzisiaj mam kolejną wizytę. Ciekawe ile już waży to moje dziecko. Ostatnio było 1305 g :)

sobota, 27 lutego 2016

9. Obawy

Im coraz bliżej porodu, tym moje obawy są coraz większe.

1. Miłość do dziecka. Kocham tego mojego szkraba, który cierpliwie siedzi sobie w brzuszku, ale boję się, że po urodzeniu ta moja miłość do niego  nie będzie tak wystarczająca, jakbym tego oczekiwała. Rozmawiałam z mamą na ten temat. Powiedziała mi, że taka prawdziwa miłość do dziecka przychodzi wraz z jego urodzeniem, więc w to wierzę. To samo powiedziała mi koleżanka, która miesiąc temu urodziła synka.

2. Strach przed macierzyństwem. Martwię się o to, czy spełnię się w roli matki. Czy zapewnię dziecku to wszystko, czego będzie potrzebowało. Nigdy nie byłam za nikogo tak odpowiedzialna, a teraz to się zmieni. Wraz z mężem wszystko będziemy musieli podporządkować pod dziecko. Przewartościować całe nasze życie. Chciałabym być dobrą matką.

3. Wychowanie. Możecie się śmiać, ale po tych wszystkich wiadomościach, w których słyszy się, że dziecko morduje swoich rodziców, bądź obce osoby to boję się, żeby nie wychować potwora. Chciałabym wychować swoje dziecko na porządnego człowieka, który będzie wiedział, że ma ustąpić miejsce starszej osobie, dla którego będzie ważna rodzina, który będzie miał szacunek do innych ludzi...

4. Moje zainteresowania. Boję się, że po porodzie to wszystko utracę. Tak bardzo nie chciałabym stracić tego swojego czystego egoizmu. Chciałabym znaleźć czas na książkę, na film, na godzinę tylko dla siebie, bo przecież to też jest w życiu ważne.

5. Miłość do męża. Boję się, że na którymś etapie ucierpi nasza intymność. Jakby nie było, to już nie będzie to samo. Już nie wyjedziemy sobie nigdzie tak spontanicznie tylko we dwoje. Nie pójdziemy do kina... Zawsze będziemy musieli kogoś prosić do popilnowania dziecka.

Myślę, że moje obawy są normalne. Chyba każda kobieta przeżywa coś podobnego. Mam nadzieję, że ze wszystkim sobie poradzę i że spełnię się nie tylko w roli matki, ale i żony.

niedziela, 21 lutego 2016

8. Fachowa literatura

Z racji tego, że jest to moja pierwsza ciąża to mogłabym powiedzieć, że wiedzę na jej temat mam naprawdę zerową, a raczej miałam. Wszystkiego dowiadywałam i dowiaduję się z Internetu, od doświadczonych koleżanek i przede wszystkim od mamy. 
Któregoś dnia szukając dla siebie nowych książek do poczytania, natrafiłam na tę jedną jedyną. Przeczytałam opinie matek na jej temat i stwierdziłam, że to może być strzał w dziesiątkę. Zamówiłam. Książka nosi tytuł "W oczekiwaniu na dziecko" - Heidi E. MurkoffSharon Mazel



Gdy w końcu książka dotarła do domu, mój mąż ją przechwycił i ze śmiechem zapytał "Kochanie, Ty zamówiłaś książkę o dziecku, czy Encyklopedię?". Faktycznie, czcionka książki jak i sam format może trochę przerażać - wygląda tak, jakby czytało się Encyklopedię. Jednak mi to nie przeszkadza. Muszę zaznaczyć, że wszystkie porady są naprawdę praktyczne. Tutaj nie ma teorii. Tutaj przyszła matka dowie się wszystkiego na temat ciąży, porodu, czy połogu. Opisane są różne dolegliwości ciążowe. Wyjaśnione jest wszystko na co należy zwrócić uwagę i przede wszystkim objawy, których nie należy się bać i wyolbrzymiać, jak to ja czasami potrafię podczas paniki. 
To właśnie z tej książki dowiedziałam się jak wygląda czkawka u dziecka i  jak przy tym zachowuje się brzuch. Często miewam skurcze macicy. Brzuch się napina i jest bardzo twardy przez kilka sekund. Na początku nie wiedziałam co to jest i oczywiście panikowałam, ale dopiero ta książka mnie uspokoiła. To z niej dowiedziałam się, że te skurcze są normalne. Po prostu macica się przygotowuje do porodu. W książce opisany jest dokładnie miesiąc po miesiącu i objawy, które mogą nam towarzyszyć w tym okresie. Jedynym minusem tej książki jest chyba to, że jest to poradnik amerykański, więc i niektóre opisane rzeczy są trochę oderwane od naszej rzeczywistości, jednak można na nie przymknąć oko.
Sam poradnik do tanich nie należy, bo kosztuje ok. 50 zł. Tutaj mogę polecić księgarnię internetową www.nieprzeczytane.pl. To właśnie tam udało mi się kupić powyższy poradnik za jakieś 29 zł, co uważam za atrakcyjną cenę. Sam poradnik tak mi się spodobał, że parę dni temu zamówiłam "Pierwszy rok życia dziecka" tych samych autorów. 

czwartek, 4 lutego 2016

7. Zdjęcia dzieci w Internecie

Ostatnimi czasy jest moda na chwalenie się dziećmi na portalach społecznościowych. Mówię tutaj o Facebook'u. Tak sobie czasami myślę, że ludzie to nie mają żadnego opamiętania. Dosłownie żadnego. Dziecko podczas śniadania, dziecko podczas obiadu, dziecko podczas kolacji. Dziecko na nocniku, dziecko w samym pampersie. Mam koleżankę, która dziennie wstawia około dwudziestu zdjęć swoich dzieci. To już jest prawdziwy fenomen. Ale to nic. Ostatnio wstawiła zdjęcie swojego dziecka z gilami aż po brodę. Czy to jest normalne? Kolejna koleżanka zaraz po porodzie wstawiła zdjęcie swojej córeczki jeszcze umorusanej w wody płodowe. Dziewczynka niczym nie okryta, tak jak ją Pan Bóg stworzył. Pytam się, gdzie w tym wszystkim jest rozum? Przecież zdjęcie wrzucone do Internetu zostaje w nim zapisane już na całe życie. W Internecie aż się roi od zboczeńców czy pedofilów, a muszę zaznaczyć, że ta koleżanka ma zdjęcia dostępne dla każdego. 
Po drugie profil na portalu społecznościowym jest profilem Twoim, nie Twojego dziecka. Uważam, że dziecko samo powinno kiedyś zadecydować czy chce, aby jego zdjęcia były umieszczane w Internecie. Dlatego ja będę się pilnować. Po porodzie nie wstawię zdjęć Michałka. Może powiadomię na Fb o tym zdarzeniu, ale zdjęć umieszczać nie będę. Bliskim znajomym wyślę na maila. Po pierwsze dlatego, że chcę uszanować jego prywatność, a po drugie nie chcę, aby w przyszłości wstydziło się żenujących zdjęć wiszących w otchłani Internetu.

wtorek, 2 lutego 2016

6. USG 3D

Wczoraj byłam zrobić USG 3D. Uczucie niesamowite. Mały jest przeuroczy. Niestety, do mnie podobny to on nie będzie. Cały ojciec i jego rodzina ;). Michaś został zmierzony pod każdym kątem. Wydawałoby się, że wszystko jest w porządku, poza dwoma parametrami, które rozbiły mnie na kawałki. Pani doktor mierzyła rogi tylne komór mózgu. Lewy róg wynosi 8,3 mm, a róg prawy 7,4 mm. Powiedziała mi tylko tyle, że mój lekarz ma to kontrolować czy te parametry się nie zwiększają. Nie chciała powiedzieć do czego to prowadzi... Zapytała tylko czy podczas ciąży przeszłam jakiś wirus. Powiedziałam, że byłam dwa razy przeziębiona. Zapytała więc o toksoplazmozę, więc zgodnie z prawdą powiedziałam, że przeszłam ją, ale przed ciążą, co już nie powinno na nic wpływać. Powiedziała też, że lekarz ma zwrócić uwagę na jakieś UKM obu nerek. Nie byłabym sobą gdybym po powrocie nie sprawdziła tego w Internecie. To był błąd. Naczytałam się o wodogłowiu i miałam cały wieczór z głowy. Czytałam różne wypowiedzi matek. Pocieszające jest to, że takie wysokie parametry często zdarzają się u chłopców i nie zawsze muszą oznaczać czegoś poważnego. Niektórzy mają taką urodę. Pocieszające również jest to, że obwód główki mojego dziecka jest prawidłowy i to samo tyczy się kręgosłupa. Wszystko jest OK, więc staram się nie panikować, bo nie chcę niepotrzebnie stresować dziecka, a po wczorajszym USG wiem, że przeżywa te same emocje co ja. Pani doktor kazała skontrolować powyższe parametry za tydzień lub dwa i tego się trzymam. W poniedziałek mam wizytę u swojego lekarza i wtedy zobaczę co i jak. Jeśli on zleje sprawę, to wtedy pójdę do innego lekarza. Na razie nie chcę się nakręcać, bo stres nie jest mi potrzebny. Trzymajcie kciuki. Wierzę, że wszystko będzie dobrze. 

niedziela, 31 stycznia 2016

5. Zdjęcie brzuszka

Większość z Was dopytywała się o zdjęcie mojego brzuszka, więc dzisiaj będzie tylko jedno zdjęcie. Koniec szóstego miesiąca :)



poniedziałek, 25 stycznia 2016

4. Zgaga podczas ciąży

Wiele ciężarnych kobiet zmaga się ze zgagą. Do nieprzyjemnego pieczenia w przełyku przyczynić się mogą m.in.  mocne herbaty, kawy, tłuste i smażone potrawy, pikantne przyprawy, słodycze, napoje gazowane. Tylko jak zrezygnować z tych rzeczy? Kawę pić muszę. Przynajmniej jedną dziennie, dla dobrego ciśnienia. Bez kawy mam zbyt niskie, co też jest niedobre. Herbaty pić lubię, zwłaszcza owocowe, które też niekorzystnie wpływają na zgagę. Często mam ochotę na smażone i pikantne potrawy. O słodyczach już nawet nie wspominam. Po prostu muszę, a moja zgaga jest już tak okropna, że potrafię się przez nią budzić w nocy. Jak sobie z nią radzić domowymi sposobami?

  • Po pierwsze mięta. W Internecie wyczytałam, że miętowe cukierki i herbatki miętowe przyczyniają się do zgagi. Jednak mi to pomaga. Czasami na wieczór zaparzam sobie kubek mięty i pieczenie staje się mniejsze. Nie dokucza również w nocy.
  • Produkty mleczne. Stosuję zimne mleko i maślankę smakową. To naprawdę pomaga, ale musi być zimne. Jak tylko czuję pieczenie, wypijam kilka dużych łyków mleka bądź maślanki i nieprzyjemne pieczenie ustępuje. Niestety, jest to efekt krótkotrwały, dlatego też takie mleko powinno się pić cztery razy dziennie pomiędzy posiłkami. 
  • Czytałam, że na zgagę dobre są migdały. Nie wiem, nie próbowałam. Choć pewnie niedługo wypróbuję, bo zgagę mam naprawdę paskudną i chwytam się wszystkiego. 

Drogie mamy, a może Wy macie jakieś sprawdzone metody radzenia sobie ze zgagą? Chętnie poczytam. 

wtorek, 19 stycznia 2016

3. Kosmetyki

Od kiedy moje koleżanki dowiedziały się, że jestem w ciąży, często powtarzały mi 'smaruj się". Należę do kobiet, które panicznie boją się rozstępów, więc posłuchałam ich rad i każdego dnia wklepuję w ciało różne specyfiki. Od samego początku stosuję krem przeciw rozstępom. I tutaj zaufałam firmie Ziaja:





Nie potrafię do końca opisać konsystencji kremu. Na pewno jest mazisty i taki trochę wodnisty. Nie wchłania się szybko, przez co zostawia tłustą powłokę na smarowanym miejscu. Jednym może to przeszkadzać, ale ja mam pewność, że ten krem jest i sobie działa. 

Stosuję również krem na cellulit, który stał się moją prawdziwą zmorą. Na cellulit używam kremu z Perfecty:




Jest on jeszcze bardziej wodnisty niż krem na rozstępy z Ziaji, co mnie tutaj trochę denerwuje. Uda mam tak tłuste, prze przeszkadza mi to w chodzeniu, gdyż wewnętrzne strony ud ocierają się o siebie. Czy zauważyłam po nim jakieś postępy? Raczej nie. Muszę powiedzieć, że jeszcze nigdy nie miałam takiego cellulitu, jak mam teraz. Mimo młodego wieku, czuję się tak, jakbym miała nogi starszej kobiety, co mnie naprawdę mocno dołuje i doprowadza do płaczu. Wiem, że sam krem nie pomoże. Tutaj odpowiednia musi być i dieta i ćwiczenia (o nich napiszę w innej notce) i masaże. Dieta dietą, ale co ja poradzę jak czasami po godzinie 22-ej dopada mnie wielka ochota na czekoladę. Nie potrafię tego powstrzymać. Mam nadzieję, że po porodzie jak zrzucę kilogramy to i zmniejszy się cellulit. Oczywiście wraz z ćwiczeniami :). 

Należę do osób, które lubią się długo wylegiwać w wannie. Do kąpieli więc dodaję płyn z Babydream;





Muszę powiedzieć, że uwielbiam ten płyn do kąpieli. Jego zapach jest taki delikatny i pudrowy. Jest to już moje drugie opakowanie i wiem, że kupię ten płyn jeszcze nie raz. 

Jakiś czas temu będąc w Rossmannie do zakupów dostałam mały krem na rozstępy z firmy Lirene. Z tej samej serii zakupiłam również krem na cellulit. Oba kremy były w promocji wraz z kartą Rossnę!





Serum na rozstępy przypadło mi do gustu. W porównaniu z kremem z Ziaji szybko się wchłania. Nie pozostawia tłustej powłoki na ciele. Czuję się tak, jakbym tego kremu w ogóle na sobie nie miała. Nie wiem jak sprawuje się balsam antycellulitowy, ale już niedługo i jego wypróbuję jak tylko skończy mi się balsam z Perfecty. 

Jak już napisałam wyżej, wszystkie te kosmetyki nie posiadają super mocy. Nie redukują cellulitu. Jednak sprawiają, że skóra jest natłuszczona i napięta, a na tym chyba zależy mi najbardziej, bo jak stwierdziłam wcześniej - panicznie boję się rozstępów, które dzięki Bogu jeszcze się nie pojawiły.

*Wszystkie zdjęcia w tej notce nie są mojego autorstwa i pochodzą z Internetu.

piątek, 15 stycznia 2016

2. O ciąży

Instynkt macierzyński poczułam będąc na początku studiów. Było to tak silne, że gdybym mogła, rzuciłabym wszystko i wraz z wtedy jeszcze narzeczonym starałabym się o dziecko. Jednak z tyłu głowy zawsze zapalało mi się czerwone światełko. Po pierwsze studiuję. Po drugie samą miłością dziecku nie zapewnię bytu, a po trzecie chciałam mieć swój kąt. Studia skończyłam. Szybko znalazłam pracę (pracuję jako księgowa). Mieszkam z rodzicami w jednym domu, choć oddzielnie (każdy ma swoje oddzielne mieszkanie). 
O dziecko staraliśmy się kilka dobrych miesięcy. W dzisiejszych czasach chyba każdy z Was wie jak jest. Ciągły stres, gonitwa za pieniądzem, problemy natury kobiecej. Było ciężko, a każda pojedyncza kreska na teście powodowała frustracje i płacz. Kiedy uświadomiłam sobie, że nic nie jest na siłę i zmieniłam swoje nastawienie, poczułam, że coś się zaczęło dziać z moim organizmem. Oczywiście bałam się robić kolejny test, bo obawiałam się, że znowu będzie to samo. Ciekawość wygrała. Zobaczyłam dwie grube kreski. Z niedowierzania rozpłakałam się. Był to dla mnie najpiękniejszy widok, a ciąża stała się dla mnie wielkim darem. Parę dni później poszłam do lekarza, który potwierdził ciążę. Piękny 7 mm pęcherzyk. Moje marzenia o dziecku w końcu stały się realne. 
Pierwsze miesiące ciąży były dla mnie masakryczne. Wymioty po dziesięć razy na dzień. Okropne bóle głowy. Nie miałam ochoty na nic. Dosłownie czułam się jak flak. Nie miałam nawet siły, aby umyć sobie włosy. Musiałam więc szybko pójść na zwolnienie lekarskie, bo w pracy nie dałabym rady funkcjonować, a co dopiero myśleć o kontach, amortyzacjach, itp... Egzystowałam tak przez pierwsze trzy miesiące. W końcu przyszedł dzień, w którym mama powiedziała do mnie "Monika, dłużej tak nie można. Ubierz się ładnie, zrób sobie włosy, umaluj się. Zawsze o to dbałaś". Mama zaczęła mnie motywować. Zaczęłam wychodzić do ludzi, dbać o siebie, choć złe samopoczucie i wymioty trwały do czwartego miesiąca. Po tym czasie w końcu poczułam, że żyję. Energii mam za dwóch. Sprzątam, gotuję, chodzę na zakupy, a aktualnie walczę z remontem mieszkania. Chyba włączył mi się syndrom wicia gniazda, bo boję się, że nie zdążę ze wszystkim do porodu. 
Połówkowe USG było dla nas największym przeżyciem. To wtedy poznaliśmy płeć naszego dziecka. Wzruszeń było dużo i każde z nas płakało. W przyszłym miesiącu idziemy na USG w 3D i już nie mogę się tego doczekać. Muszę powiedzieć, że mimo złego samopoczucia, czasami i bezsilności, ciąża to piękny okres. Mimo wszystko. Kiedy widzę, że moje dziecko reaguje na mój dotyk i głos, wtedy wiem, że to wszystko ma sens, że to jest to, czego zawsze chciałam i o czym marzyłam...

1. Przedstawiam się

Cześć. Jestem Monika i mam 27 lat.
Od 20 czerwca 2015 roku jestem szczęśliwą mężatką.
29 kwietnia na świat przyjdzie moje pierwsze dziecko - Michałek.

Chciałabym, aby ten blog był dla mnie pamiątką. Chcę tu spisywać wszystkie moje przemyślenia, te lekkie i te cięższe. Chciałabym, aby ten blog był o wszystkim i o niczym, zwykłą odskocznią od codzienności.
Zatem witam w moich skromnych progach. Liczę na Wasz odzew i dyskusję pod postami.